
Vanille opowiadała długo, widać było, że nie mogła się nagadać. Cóż, rozmowy z Blue nie są raczej zbyt konstruktywne, a Andrei przez pewien czas nie było... Tak, jak nie było jeszcze kogoś. Przez historię Vanny przewijało się ciągle jedno imię: Rick. I za nic nie mogłam od niej wyciągnąć, kto to. Po prostu tak się zagadała, że moje pytania do niej nie docierały.
- Kto to jest Ri... - zaczęłam po raz nie wiadomo który, ale znowu nie było mi dane dokończyć pytania. Tym razem przeszkodziły mi głosy nowych gości. Prowadzonych bez wątpienia przez tego właśnie tajemniczego osobnika.
- A tam, w przybudówce pod schodami, jest miejsce w sam raz dla Vanny, jak myślicie?
Nasza gospodyni podskoczyła, jakby ją ktoś ukuł i poleciała do przedpokoju, żeby rzucić się na Ricka. Nie, nie na szyję - na głowę, wyrywając mu przy okazji niemało włosów. A przynajmniej próbując. Na szyję rzuciła się Miyi, która - razem ze swoim towarzyszem, Aeiranem - weszła do domu zaraz za Rickiem. Oczywiście nie pozostałam w tyle, też poszłam się przywitać, a Dhir za mną, najwyraźniej zaciekawiony, w jakie towarzystwo go przyciągnęłam. Vanny w wyniku jakiejś słownej sprzeczki rozwaliła na Ricku wazon, a w międzyczasie przybyli nowi goście: Tenka z przepięknym tygrysem (gadającym! kiedy ja ostatnio widziałam normalnego, niemego zwierzaka?) o imieniu Sidhe i kimś... niecodziennie wyglądającym. A mówiąc bez ogródek - z niesamowicie brzydkim jednookim karzełkiem, który w dodatku porozumiewał się za pomoca tabliczek z napisami. Przekazał nam, że nazywa się Wotson i że mu miło, po czym dowiedział się, gdzie jest kuchnia i zniknął tam, strasząc Andreę.
Wróciliśmy do domu, Dhirgan i Aeiran przytachali ze strychu sprzęt grający i właśnie zaczęliśmy się nim bawić, kiedy Rick przyprowadził kolejnych gości: Satsuki i Saovine. Towarzyszyli im odpowiednio Jehalom (miniaturowy smoczek, przypominający lekko Narth - zwłaszcza jeśli chodzi o złośliwość... Oba smoki od razy zaczęły sobie dogadywać) i Sapphire (chłopak o bardzo odpowiednim imieniu, często zdrobnianym przez Sat do 'Szafirek' i niesamowicie kolorowych oczach), oraz Kayleigh: wyjątkowo niebezpiecznie wyglądający typ, który od razu powiedział, że mamy przyjemność go oglądać (dużą, dodam... Przystojny był jak mało kto) tylko dlatego, że Sao go zmusiła. Dziewczyny od razu rzuciły się dawać gospodyni prezenty, przy czym Sao i Tenka nagle zaczęły mówić stereo (potem dowiedziałam się, że nazywają je 'Twin Star', jak widać nie bez przyczyny) i dokładnie na to zamieszanie trafili ostatni goście: Alath'erna, na którą dziewczyny mówiły czasami 'Zellas' i Maho...
Kiedy tylko towarzysz Alath wszedł do domu, przyciągnął wszystkie spojrzenia. Uśmiechał się cały czas, ale ten uśmiech nie był szczery - raczej przypominał maskę. Nie mogłam długo na niego patrzeć, a kiedy podszedł bliżej zrobiło mi się nagle zimno. Na szczęście szybko przygarnęły go Sao i Tenka, co widocznie przypadło mu do gustu. Do chwili, kiedy Rick zaczął szaleć z aparatem i robić im zdjęcia.
Muzyka grała, udało mi się wyciągnąć Dhira na parkiet; potem demon nawet się rozkręcił i nie chciał przestać! Wcale mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, zawsze doskonale mi się z nim tańczyło. Zgrane ruchy, świetne wyczucie rytmu...
- Przypominają się dawne czasy, co? - szepnęłam na poły do siebie, na poły do niego, uśmiechając się do wspomnień. Zamiast odpowiedzi zakręcił mną szybkiego pirueta.
A potem było śpiewanie, zwiedzanie strychu (jakie Vanny ma tam książki! Cudeńka! Ja tam jeszcze wrócę, z całą pewnością!), nocne istot rozmowy, skutkujące założeniem przeze mnie i Tenkę Stowarzyszenia Wrogów Spódniczek (względnie Stowarzyszenia Wielbicielek Spodni) i ułożeniem dekalogu członków tegoż Stowarzyszenia, obżeranie się tortem truskawkowym i picie potwornych ilości herbaty... Dowiedziałam się przy okazji, że trafiłam właściwie w sam środek zjazdu rodzinnego, objaśniono mi skomplikowane relacje między poszczególnymi krewniaczkami i podziwiałam profesjonalną dyskusję na temat używania różnych odmian portali. Ech, chciałabym kiedyś zobaczyć międzysferę...
Satsuki z Tenką pobawiły się trochę z ogniem, tworząc z niego rozmaite formy (dołączyłam się z kilkoma iluzjami) i drażniąc Sidha, każąc mu skakać przez płomienną obręcz, co skończyło się podartym obiciem kanapy i obrażonym tygrysem, syczącym na każdego, kto się do niego zbliżył.
W którymś momencie złapałam Miyę i zaszyłyśmy się w jakimś kącie, pilnie oglądając się, czy Dhirgana nie ma nigdzie w pobliżu. Chciałam mianowicie obgadać kwestię jaja, a nie byłam pewna, co on by na to powiedział. Wyjaśniłam, co wiem na jego temat, powiedziałam, jak należy się małym opiekować (tak, jakbym miała w tym jakiekolwiek doświadczenie!) i uzgodniłyśmy, że jak tylko Kronikarka będzie miała czas, wyśle mi wiadomość. A ja jeszcze spróbuję się czegoś dowiedzieć.
Było już nieźle nad ranem (swoją drogą, ciekawe, że w tym miejscu były pory dnia), kiedy zaczęliśmy się rozjeżdżać do swoich światów. Naszym wierzchowcem ponownie była Floe (naprawdę przypadła mi do gustu), ale tym razem bez Andrei - Vanny chyba uznała, że już poradzimy sobie sami. W sumie dobrze, nie wiem, czy wytrzymałabym następną taką dziką jazdę. Ogarnęłam jeszcze wzrokiem gromadkę, machającą nam z ganku. Naprawdę niesamowita mieszanka: Malach z bodyguardem, Kronikarka z demonem, Mazoku z miniaturowym smokiem i kolorowym chłopakiem, Śmierć z niewolnikiem, następny Malach z Pożeraczem Dusz, jeszcze jeden Malach - a do tego Życie - z gadającym tygrysem i potworym karłem... No i wędrowiec z demonem - renegatem i maleńką smoczycą. Uśmiechnęłam się, obejmując mocno Dhira, a gwiezdna droga migotała pod kopytami Floe.
- Obyśmy się jeszcze często spotykały... - wyszeptałam. - I oby wszystkie nasze spotkania toczyły się w tak miłej atmosferze.
Floe zostawiła nas pod domem, po czym wróciła na Rozdroże. Byłam taka śpiąca, że się prawie zataczałam; zdecydowałam, że Dhir będzie nocował tego dnia u mnie. Jego pokój stał pusty wystarczająco długo. Demon nawet nie protestował, widocznie był równie zmęczony, jak ja. Przeszliśmy przez salonik nawet nie zwracając uwagi na leżącą na stole kartkę, marząc już tylko o miękkim łóżku.

Nie czekaliśmy długo - już po kilku chwilach przed domem rozległy się kobiece głosy. Ktoś podszedł do drzwi, zapukał, usłyszałam Wchodź, nie pukaj Narthie i w drzwiach stanęła osoba, która z pewnością mogła być nazwana kimś specjalnym. Cóż, wyróżniała się z całą pewnością na tle domu - utrzymanego w jednolitych, naturalnych barwach - i, co tu dużo mówić, nas. Niesamowite połączenie żrącego różu (włosy), zgniłych pomarańczy i zieleni (ubranie) nie pozwoliłoby tej dziewczynie wtopić się w tłum. A nawet, gdyby, to i tak każdy facet obracałby się za nią z powodu jej urody i niesamowicie granatowych oczu.
Rozejrzała się ciekawie, uśmiechnęła do nas szeroko i podeszła do kanapy.
- Hej hej! Jestem Andrea Beatrice, stylistka i eskorta od Vanny. - też się uśmiechnęłam, jej dobry humor działał zaraźliwie. - Ty musisz być Irian. A twój towarzysz?
- Dhirgan, miło mi cię poznać. - wyciągnął do niej rękę. Przelotnie mignęła mi myśl, że chyba jednak zbyt oficjalnie się ubrał. Ale nawet, jeśli tak, to już za późno. A poza tym wygląda świetnie. Zresztą, przecież nie pozwoliłabym mu iść w fartuchu laboratoryjnym...
- Narthie, a gdzie jest druga osoba? - smoczyca zdążyła się już usadowić na moim ramieniu. - Wyraźnie słyszałam dwa kobiece głosy... Czemu jej nie przyprowadziłaś?
- Nie mogłam. - spojrzałam na nią pytająco. Jak to, nie mogła? Andrea zachichotała.
- Chodź, sama zobaczysz.
Zgarnęłam rzeczy do torby i wyszłam przed dom. Cóż, w zasadzie wyszłam to za dużo powiedziane, bo w progu zatrzymałam się tak gwałtownie, że Dhir wpadł na mnie z rozpędu.
- Ostrzegaj, kiedy coś takiego robisz. - mruknął, a potem zobaczył, dlaczego się zatrzymałam i przestał komentować.
Na polanie pełnej tulipanów, oświetlona słońcem (całe szczęście, że miałam dobry humor, inaczej wpakowałyby się w ulewę) stała najpiękniejsza andaluzyjka, jaką kiedykolwiek widziałam. A widziałam sporo. Wspaniała sylwetka, lśniąca siwa sierść, kędzierzawa grzywa i ogon - widok tak ładny, że aż trącący kiczem. Westchnęłam.
- Śliczna... - wyrwało mi się.
Klacz uniosła głowę i spojrzała na mnie bystrymi oczyma.
- Dziękuję za komplement. - powiedziała. - Jestem Floe i będę waszym przenosicielem do Rozdroża.
Cichy śmiech Dhirgana powiedział mi, że muszę bardzo głupio wyglądać. Zamknęłam usta czym prędzej i podeszłam do Floe.
- Znaczy, całej trójki?
Jazda w trzy osoby na jednej klaczy to przeżycie, które nieprędko się zapomina. Zwłaszcza, jeśli ta klacz musi się odpowiednio rozpędzić. Umiem jeździć konno, ale woltyżerki nigdy nie ćwiczyłam... Trzymałam mocno Andreę, sama będąc przytrzymywana przez Dhira i mając nadzieję, że żadne z nas nie spadnie. Przymknęłam na chwilę oczy, łzawiące od wiatru. Coś szarpnęło, a kiedy spojrzałam, co, byliśmy już gdzie indziej.
I to w jakim ciekawym gdzie indziej! Dhirgan aż gwizdnął z wrażenia.
Floe szła teraz stępa - i bardzo dobrze, bo gdyby przyspieszyła, ktoś z nas mógłby się ześlizgnąć, a powrót na jej grzbiet mógłby przysporzyć problemów... Jechaliśmy dziwną, jakby złożoną z gwiazd drogą, która była zawieszona pośrodku niczego. No, nie do końca niczego. W oddali lśniły gwiazdy, a pomiedzy nimi tkwiła plątanina dróg i schodów (jakby żywcem wziętych z grafik Eschera), łączących rozmaite portale. Na tle tego wszystkiego dość absurdalnie wyglądał kawałek lądu, ku któremu się kierowaliśmy. Widać było jezioro, drzewa, ogród... I dom.
Piękny dom, o ścianach z żółtej cegły (ceglany dom... westchnęłam i poczułam przez pieczęć, że Dhir podziela mój zachwyt), obrośniętych częściowo bluszczem, pokryty ciemnoczerwoną dachówką.
Zsiadłam z Floe, podziękowałam jej za podróż i zamierzałam pozachwycać się jeszcze otoczeniem, kiedy Dhir pociągnął mnie za rękaw. Co? zapytałam, odwracając się, ale nie musiał odpowiadać. Widziałam, co. Podleciało do nas takie małe, o niebieskich włosach i motylich skrzydłach, absolutnie słodkie - tylko mądre, stare (także niebieskie) oczy nie pasowały do reszty.
- Blue wita gości. - powiedziało. Bardzo odpowiednie imię, pomyślałam. - Blue mówi, że gospodyni jest w domu. Blue was zaprowadzi.
Nie było, szczerze mówiąc, potrzeby nas prowadzić, przecież dom mieliśmy pod nosem, ale poszliśmy za Blue. Zanim jeszcze doszliśmy do progu, przy mojej głowie pojawiła się Narth, która wolała skorzystać z własnej metody transportu. Andrea otworzyła pięknie zdobione drzwi i naszym oczom ukazało się utrzymane w ciepłych barwach wnętrze. I Vanille Loire, siedząca na kanapie z filiżanką Earl Grey'a.
Nastąpiły powitalne uściski, przedstawianie i ogólny galimatias. Wreszcie Vanny posadziła nas na kanapie i poszła do kuchni zrobić więcej herbaty. To mi o czymś przypomniało. Popędziłam za nią.
- Patrz, ja to mam sklerozę! Proszę - wyciągnęłam z torby prezenty. - to jest ode mnie, a to od Dhirgana, na nowy dom. - wręczyłam jej książkę i butelkę. - A to schowaj szybko do lodówki, bo się roztopi! - dorzuciłam obie paczki lodów, po czym wzięłam tacę z filiżankami herbatki i zaniosłam do pokoju.
Andrea szkicowała zawzięcie - mam wrażenie, że Dhira, ale on znosił to ze stoickim spokojem, dyskutując z nią na temat składników farb (szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, że on takie rzeczy też wytwarza...). Postawiłam tacę na stoliku, usiadłam i spojrzałam na Vanny, która właśnie stanęła w drzwiach.
- Ślicznie ci w krótkich włosach. - stwierdziłam. - To twoja sprawka? - zapytałam Andrei. Kiwnęła głową, nie przerywając rysowania. - Gratulacje!
- Teraz już się przyzwyczaiłam. - Vanny usiadła obok mnie. - Chociaż ciągle jeszcze łapię się na tym, że czasem próbuję założyć jakiś kosmyk za ucho. Ale na początku...
- Na początku bałam jej się na oczy pokazać! - wtrąciła Andrea. - Bo chciała we mnie rzucać ciężkimi przedmiotami. - wszyscy się roześmiali.
Rzucanie wszystkim, co jej się nawinie pod rękę to znak charakterystyczny Vanille - niejedyny zresztą. Oparłam się wygodnie o Dhira.
- Piękny masz dom.
- Poczekaj, aż zobaczysz ogród! - prawie iskrzyła z radości. Dobrze na nią działa to miejsce... Albo to towarzystwo. - Po prostu cud!
- W takim razie opowiadaj. Jak znalazłaś takie miejsce?

Znowu wyskoczyłam w powietrzu - tym razem jakieś 50 metrów nad ziemią. Rozejrzałam się. Musiałam być po anielskiej stronie Avtagu, bo było tu dość jasno. Świat sprawiał wrażenie przesłoniętego przydymionym szkiełkiem; poszarzałe i wyblakłe barwy sprawiały dość przygnębiające wrażenie. Znajdowałam się nad równiną, poznaczoną tu i ówdzie kraterami, dopiero dalej na horyzoncie widziałam bardziej nierówny, poprzecinany wąwozami teren - pole bitwy. Akurat obie strony zrobiły sobie przerwę i panowała względna cisza: gdzieś w oddali coś dudniło monotonnie, a całkiem niedaleko słychać było niegłośny syk. Wszystko widziałam pięknie jak na dłoni. Z wyjątkiem tego, co chciałam. I co powinno tu być.
- Świetnie, - odezwałam się do Narth. - to gdzie jest ten Baiulus?
- Czułam go tutaj! Był tu jeszcze przed sekundą! - smoczyca brzmiała, jakby była oburzona zachowaniem vita.
- Czyli wyparował? - westchnęłam. - Może spróbuj jeszcze raz.
Przez chwilę nic się nie działo, a potem mała wylazła z torby.
- Tam jest. - machnęła ogonem w bliżej niesprecyzowanym kierunku. - Goń mnie! - I zanurkowała w stronę ziemi.
Na zabawę jej się zebrało, nie mogę... Nawet nie próbowałam jej ścigać: jeśli chodzi o prędkość, bije mnie na głowę. Poczekałam po prostu, aż zbliży się do gruntu, po czym przeniosłam się do niej. Usadowiłą mi się na ramieniu z niezadowoloną minką.
- Oszukujesz!
- Żeby oszukiwać, trzeba najpierw brać udział w grze. - odcięłam się. - Przecież i tak wiesz, że jesteś ode mnie szybsza.
Nie odpowiedziała, tylko przeleciała na kamień kilka kroków w lewo. Znów machnęła ogonem.
- Tu jest.
Podeszłam. I zaklęłam. Leżał tam, nieprzytomny, a wokół jego głowy zaczynała rozlewać się niewielka kałuża krwi. Przyskoczyłam do niego, ale ledwie go dotknęłam, jęknął i otworzył oczy.
- Co? - zaczął i spróbował się podnieść.
- Leż. - powstrzymałam go. - Nie wiadomo, jakie masz obrażenia. I to ja chciałam zapytać, co.
- Irian... - uśmiechnął się słabo. - Miło cię widzieć. Wpadłem na minę. - dodał tym samym tonem. - Głupi jestem.
- Na... A, na jedną z tych. - Fragmenty mocy o określonym zasięgu, zawieszone w powietrzu i czekające na nieostrożnych. Skutecznie ranią, ale są dość łatwe do wykrycia, jeśli się uważa. Faktycznie, głupi...
- Nic mi nie jest, byłem na granicy zasięgu, więc po prostu strąciło mnie z kursu i osłabiło. Przytomność straciłem dopiero jakieś pół metra nad ziemią i nawet się nie potłukłem. - usiadł. I szybko podparł się rękoma. - Ale w głowie to mi się nieźle kręci. A wiesz, co jest najlepsze? - zachichotał. - To była nasza mina!
Faktycznie, baaardzo zabawne. Taa, ale głupi to ma szczęście. Rana, która wyglądała na wyjątkowo poważną, okazała się zwykłym rozcięciem, choć faktycznie dość szerokim. Opatrzyłam ją fragmentem jego własnego płaszcza - nie omieszkałam przy tym zachować wzorca vita. Ale ze mnie nałogowiec...
Baiulus ledwo trzymał się na nogach; nie było mowy o żadnym lataniu w takim stanie. Złapałam go pod ramię i podtrzymałam.
- To gdzie mam nas przenieść? - zapytałam.
Spojrzał na mnie trochę zdziwiony.
- No, gdzie jest wasza siedziba?
Teraz w jego oczach wyraźnie widziałam panikę.
- Czyja siedziba? O co ci chodzi?
- Wiesz, czyja. - uniosłam kpiąco jedną brew. - A może po uderzeniu w głowę masz zaniki pamięci? Mam sprawdzić?
Westchnął, zrezygnowany.
- Złożyłaś wizytę Hanatilowi, czy masz własne źródła? - nie czekał na odpowiedź. - Jakieś czterdzieści kilometrów w stronę svart, rozgałęziony wąwóz w kształcie litery Y, w jej widełkach okrągły lej po bombie. Przenieś nas w sam środek tego leja, inaczej mogą być kłopoty.
Nie pytałam, jakie kłopoty, tylko przerzuciłam nas prosto do celu.
Lej nie był głęboki, sięgał mi raptem do ramion, ale dość szeroki - faktycznie, dobre lądowisko. Zwłaszcza, jeśli ktoś chce mieć przybyszy na widoku. Wygramoliliśmy się stamtąd pół lecąc, pół idąc i Baiulus skierował mnie do odpowiedniego miejsca na ścianie wąwozu, gdzie wreszcie napotkaliśmy strażników.
Dwóch. Jeden vit i jeden svart. I obaj mieli jeszcze wszystkie kończyny, więc może to życie w pokoju faktycznie jakoś im idzie... Niedobrze.
Strażnicy, co dziwne, nie zadawali żadnych pytań, tylko od razu rzucili się pomóc Baiulusowi. Może stwierdzili, że stąd już nie ucieknę tak łatwo, kimkolwiek jestem... Poczułam się trochę nieswojo. Co jak co, ale w systemach obronnych vit są świetni. A jeśli dodać do tego siłę ataku svart, to może rzeczywiście lepiej nie wykonywać tu żadnych gwałtownych ruchów.
Dokładnie w tym momencie Narth, do tej pory krążąca wokół nas (jeszcze jedna dziwna rzecz. Strażnicy nawet na nią nie spojrzeli...), rzuciła się na coś, co uderzyłoby prosto we mnie, gdyby nie złapała tego w szpony. Serce zabiło mi mocniej, ale to była zwykła kartka papieru. Z wiadomością:
Chcesz zobaczyć mój dom? Jeśli tak, napisz, czy zabierzesz kogoś ze sobą i gdzie jesteś... Przyślę po ciebie kogoś specjalnego!
Jeśli nie, też odpowiedz, żebym miała pewność, że do ciebie doszło...
Vanny.
Zbaraniałam. A potem wrzasnęłam dziko Waaa! Parapetówa! A potem znów się zamyśliłam. Holender, w takim momencie!
W efekcie jednak przyjemność zwyciężyła obowiązek i powiedziałam Baiulusowi, który oglądał to przedstawienie z wyraźnym rozbawieniem:
- Wrócę niedługo, - lepiej niech nie myśli, że ma dużo czasu na przygotowania... Cokolwiek by mu do głowy przyszło przygotowywać. - więc nie myśl sobie, że zdążycie się przeprowadzić!
- Nie zamierzamy. - Prychnął. - Zresztą, za dużo nas na to. Ostrzegę strażników, że przyjdziesz, nie chcę rozróby. Tylko pamiętaj: do środka leju! - Za dużo? No, no, ciekawe...
Jeden ze strażników - vit, zauważyłam - wziął go po prostu na ręce i zleciał w dół wąwozu.
Odwróciłam kartkę i odpisałam, wyciągnąwszy z torby jakieś zabłąkane pióro:
Jasne! Będę w domu, wysyłam Narthie, żeby ten 'ktoś specjalny' mógł się do mnie dostać.
Już chciałam się podpisać, kiedy coś mi przyszło do głowy. Jeśli Vanny wysyła specjalnych posłańców, ten dom musi być nieźle chroniony. A Dhirgan już dawno nie wychodził ze swojej wieży, musi mu się nudzić... W tak bezpieczne miejsce mogę go wziąć ze sobą; jeśli Vanny pisze, że można przyprowadzić osobę towarzyszącą... Nie wyczułam na drugim końcu pieczęci specjalnego sprzeciwu, więc dopisałam:
Przedstawię ci jednego demona. Trzymaj się ciepło!
Irian
Wręczyłam wiadomość Narthie, mówiąc jej, że ma znaleźć Vanille i przyprowadzić do domu posłańca - kimkolwiek by on nie był. Zniknęła od razu, a ja przerzuciłam się do wieży, żegnana obojętnym spojrzeniem strażnika-svart.
Dhirgan wyłapał sytuację przez pieczęć, więc był już przygotowany. Aż wstrzymałam oddech, kiedy zobaczyłam go w eleganckim ubraniu, zamiast jego ulubionego, poplamionego i przeżartego fartucha. Wyglądał naprawdę... W rękach trzymał - jak największy skarb - pękatą, omszałą butelkę. No tak, jego pasja do wszelkich płynów dotyczy też tych fermentujących w piwnicach. Taki prezent się chyba nada...
- Ile lat ma to wino? - zapytałam.
- Nie wiem, butelka nie jest oznaczona, ale wydaje mi się, że z siedemdziesiąt. Przynajmniej w tej części piwnic leżakowało...
Nieźle, nieźle... Zawsze się zastanawiałam, skąd Dhir bierze winogrona, ale nie chciał się przyznać. Mam wrażenie, że Fin jakoś w tym pośredniczy, ale od niego to już na pewno nic nie wyciągnę...
Przeskoczyliśmy do mojego domu; przebrałam się, podczas gdy Dhir oglądał zmiany. Wybrałam jeszcze prezent od siebie: niewielką książkę, w srebrzystej oprawie. Za każdym razem zawiera ona inną legendę - i nigdy nie wiadomo, jaką. Zeszłam na dół i wyjęłam jeszcze z lodówki dwa pudełka lodów. Pierwsze straciatella (moje ulubione), a drugie oczywiście waniliowe. W nadziei, że Narth wróci z posłańcem zanim te pyszności się roztopią usiadłam na kanapie i obserwowałam, jak Dhir przekopuje się przez stertę nowych książek na stoliku.

Pojawiłam się w powietrzu w niewielkiej uliczce odchodzącej od głównego placu. Rozejrzałam się, sprawdzając, czy na nikogo nie wpadnę i wylądowałam delikatnie. Temperatura była tu jak zwykle dziwaczna: ani ciepło, ani zimno, tak, że gdybym rozebrała się do naga i wzleciała trochę, nie czułabym kompletnie nic. Zwłaszcza, że nigdy nie wiał tu wiatr, ani nie świeciło słońce; po prostu było jasno, chociaż światło nie posiadało wyraźnego źródła. Wszystkie kształty były idealnie symetryczne, a jednocześnie gładkie i pozbawione kantów. Wśród motywów królowały koła i elipsy. Jasne, stonowane barwy cieszyły oczy. W pierwszej chwili ten świat naprawdę zachwycał, ale każdy mój dłuższy pobyt tutaj nieodmiennie kończył się załamaniem nerwowym. Odcienie bieli, gładkie krawędzie i odcięcie bodźców - w wielu światach to cechy charakterystyczne szpitali psychiatrycznych...
Nie mówiąc już o mieszkańcach. Nazywam ich aniołami, ale wynika to tylko z mojego skojarzenia (tak samo zresztą, jak nazywanie pobratymców Dhirgana demonami).Tak naprawdę oba te rodzaje istot to odłamy tej samej rasy: vitaldeanie i svartaldeanie. A moim zdaniem główną różnicą między nimi jest kolorystyka... No dobrze, trochę przesadzam.
Svart są odważniejsi (choć vit też tchórzami nazwać nie można), dużo bardziej bezpośredni w działaniach. Czyli - kiedy coś im się nie podoba, to najpierw atakują, a potem zadają pytania. Są naprawdę niebezpieczni i nie lubią obcych. Dhirgan twierdzi też, że są honorowi. Cóż, jeśli tak, to w tak pokrętny sposób, że ja tego nie potrafię pojąć. I oczywiście wolą ciemne kolory.
Vit natomiast - to ci jaśniejsi - preferują bezpieczniejsze metody walki. To znaczy przyjmą cię w gościnę tak, że poczujesz się jak u siebie w domu, wyciągną wszystkie informacje i dosypią trucizny do jedzenia. A jedzenie mają naprawdę dobre...
Ich społeczeństwo posiada dość ścisłą hierarchię, co bardzo ogranicza jednostki. Zazwyczaj żadnemu aniołowi nie przyjdzie do głowy zrobienie czegokolwiek bez wiedzy przełożonwgo. Oczywiście wszędzie zdarzają się wyjątki. Zamierzałam przekonać się, czy gość Fina był jednym z nich.
Na plus trzeba im zaliczyć to, że oszczędzają ludność cywilną - mam na myśli ludność cywilną innych ras, bo w przypadku svart to pojęcie nie ma sensu. Każdy z nich jest jakoś zamieszany w wojnę...
Względna łagodność vit pozwoliła mi dojść tam, gdzie chciałam bez ukrywania się. Z drugiej strony nie chciałam, żeby każdy przechodzień oglądał się za gościem z innego świata, więc schowałam Narthie w torbie na ramieniu. Kolorystycznie pasowałam do otoczenia, a z moim niewielkim wzrostem i chłopięcym wyglądem na pierwszy rzut oka mogłam być wzięta za któregoś z aniołów niższej klasy, więc uniknęłam niepotrzebnego zwracania na siebie uwagi.
Ostatnie kilka metrów musiałam przelecieć i znalazłam się na miejscu. Czyli w siedzibie Hanatila, p.o. zastępcy sekretarza wiceradnego Makt - rady naczelnej vitaldean. Pokręcony system... Nie była to bardzo wysoka funkcja, ale idealnie nadawała się na przykrywkę dla prawdziwej działalności Hanatila. Był on mianowicie jednym z szefów anielskiego wywiadu - i dlatego przyszłam właśnie tu. Miałam już kilka razy wątpliwą przyjemność współpracy z tym panem. Skuteczny był, muszę przyznać, mimo całej mojej niechęci do niego. Odwzajemnionej, dodam.
W przedsionku zaskoczył mnie jakiś młody, nieznany anioł z plakietką strażnika. A cóż się stało z Baiulusem? Nawet go polubiłam... Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo vit z marsową miną zastąpił mi drogę. Na szczęście należał do klasy jeszcze niższej niż ta, pod którą ja się podszywałam, więc nie sprawił mi żadnych problemów. Zadał tylko dwa pytania: kto i w jakiej sprawie, a uzyskawszy odpowiedź: Irian, w sprawie nie cierpiącej zwłoki nie zgłosił żadnych obiekcji, tylko od razu poleciał zameldować swojemu szefowi. Na wszystkie Moce tego świata, ależ oni potrafią być ograniczeni!
Ledwo ten vit zniknął mi z pola widzenia, nałożyłam na siebie iluzję niewidzialności i przeniosłam się do komnaty Hanatila. Akurat na czas, żeby usłyszeć jego reakcję na wieści strażnika: Co? Tylko nie ona! Nie ma mnie, jestem na froncie!
Tak, ja też się cieszę na twój widok, pomyślałam. Odczekałam, aż posłaniec wyjdzie i zdjęłam z siebie niewidzialność.
W tym czasie anioł zgarnął wszystko, co miał na stoliku i rzucił się w kierunku przejścia na wyższy poziom siedziby. Widać przewidział, że przyjdę sprawdzić, czy strażnik mówi prawdę. Nie przewidział tylko, że zrobię to tak szybko...
- Wezwanie na front? - zapytałam głośno. - I myślałeś, że w to uwierzę? - Oczywiście, że nie, ale miał nadzieję, że strażnik zatrzyma mnie przynajmniej na chwilę, przekonując. - Lepiej usiądź, mamy pewną sprawę do omówienia.
Oklapnął trochę. Przywołał dwa siedzenia - z tych unoszących się w powietrzu, szpaner jeden - i pojemnik czegoś przeźroczystego.
- Chcesz się napić? - zapytał uprzejmie. - Nie bój się, nie jest zatrute. - dorzucił, kiedy pokręciłam przecząco głową.
Cóż, może tym razem rzeczywiście nie było... Próbuje tego od mojej pierwszej wizyty, a ja nie mam zamiaru przekonywać się, jak często faktycznie niczego nie dosypuje. Dość rzadko, moim zdaniem, ale nie będę robić eksperymentów na sobie.
- Nie po to tu przyszłam. - odpowiedziałam. - Ale jak już jesteśmy przy kurtuazyjnych pytaniach, to gdzie się podział Baiulus? Był przecież świetnym strażnikiem...
- Wyjechał na... płatny urlop. - mój rozmówca mrugnął jednym okiem.
A więc Baiulus też należał do tajnej służby... Loppor, wygrzebałam w pamięci. Ich organizacja nazywa się Loppor.
Przez dłuższą chwilę trwała cisza. Obserwowaliśmy się nawzajem, starając się odgadnąć zamiary drugiego. Pierwszy złamał się Hanatil.
- Dobrze, dobrze... Wiem, po co tu przyszłaś. Nie ma sensu udawać. Powiedz Płomiennemu, że nie dostanie żadnego odszkodowania.
Uśmiechnęłam się leciutko. On myślał, że przysłał mnie tu Fin! Pewnie w Wirze marzekali na straty, spowodowane przez pościg za ich gościem. Postanowiłam pociągnąć to dalej.
- Dlaczego odmawiasz im tego, co im się słusznie należy? Przecież przyjęli jednego z was, nie żądając zapłaty - na Moce, ja powiedziałam coś takiego?! - i to przez niego część ich domów została zniszczona! Czy wypierasz się odpowiedzialności za swoich pobratymców? - Może dowiem się czegoś ciekawego...
Zagryzł wargi i westchnął.
- To nie był jeden z nas. - przyznał w końcu. - To był Graat.
- Kto? - nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś takim. Ta informacja musiała mieć niezły stopień tajności... Jestem pewna, że vit mówił mi to tylko dlatego, że wyobrażał sobie sumę, którą Fin żądałby jako odszkodowanie za zniszczenia.
- Graataldeanin. - zniżył głos, rozejrzał się nerwowo. - Jeden z tych wyrzutków, którym się wydaje, że są neutralni.
Spojrzałam na niego niecierpliwie.
- Wytłumacz.
- Cii! - nachylił się do mnie i zaczął szeptać. - Niektórzy twierdzą, że vit i svart byli kiedyś jednym. - To prawda, swoją droga, ale było to tak dawno temu, że nawet legendy o tym zostały już zapomniane. Ciekawe, kto odgrzebał tę historię... - I uważają, że powinniśmy połączyć się na nowo. - Wzdrygnął się z obrzydzeniem. - Nazywają siebie Graat. Ich siedziba jest Pośrodku. Mieszkają tam razem młodzi vit i svart. - Wyraz obrzydzenia wykrzywił jego twarz.
Zamyśliłam się. Avtag, Pośrodku, Rozdroże - to nazwy nadawane ziemi niczyjej, na styku światów aniołów i demonów. Wieczne pole bitwy. Ale faktycznie łatwo się tam ukryć. Jeśli się jest samobójcą. Wstałam.
- Fin chce zadośćuczynienia. Nie od was, to od nich. Jak mogę ich znaleźć?
Pokiwał głową, z miną mówiącą Właśnie tego się po tobie spodziewałem.
- Powiem ci, bo i tak do tego dojdziesz, a ja nie chcę, żeby o sprawie mówiło całe miasto. Szukaj Baiulusa. Tam go posłałem. - Narthie go zna na szczęście, nie powinno być z tym problemu. - Ale nie sądzę, żeby udało ci się cokolwiek od nich uzyskać. To idealiści, nic nie mają. - Ha, niby szef wywiadu, a taki naiwny... Skłoniłam się uprzejmie.
- Dziękuję za pomoc, jasny Hanatilu. Oby nasza współpraca nigdy nie układała się gorzej.
Wyszłam, odprowadzana jego ponurym spojrzeniem. W przedsionku natknęłam się na strażnika - nawet nie mrugnął okiem na mój widok... Naprawdę ograniczony typ... - i na Seba z Wiru. Idealne zgranie w czasie - pomyślałam. Nachyliłam się do torby, szepnęłam Narth, kogo ma szukać i odebrałam od niej wskazówki. Wyprostowałam się, zasalutowałam żartobliwie zdziwionemu Płomiennemu i przeskoczyłam do Avtagu, zanim szef wywiadu zorientował sie w oszustwie.

Doszliśmy, chociaż trochę to trwało. Dhir bywa bardzo uparty, a ze mnie też nie owieczka. Ale mamy kompromis: poluźnił pieczęć na tyle, że będę mogła podróżować sama, ale w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa ściągnie mnie z powrotem do wieży. Dość ograniczające, ale to chyba jedyne wyjście, które daje nam obojgu jakiekolwiek możliwości.
Chciałam jeszcze przygotować kilka drobiazgów, więc zawołałam Narthie i przeskoczyłam do domu. A w zasadzie nie do domu, tylko do ogrodu. Ledwo wylądowałam, coś lekko poruszyło się za moimi plecami. Przeszył mnie dreszcz. Odwróciłam się gwałtownie...
I to był błąd. Kula wody, która chybiłaby, gdybym się nie poruszyła, trafiła mnie prosto w twarz. Zimnej wody, dodam. Lodowatej. Wstrząsnęłam się i usłyszałam znajomy śmiech. A niech go, rudzielca złośliwego, za takie powitanie! Na drugim końcu pieczęci również wyczułam rozbawienie. I ty, Brutusie! pomyślałam cokolwiek dramatycznie, po czym zebrałam z siebie całą wodę, uformowałam z niej kulę i rzuciłam w stronę Fina Dau'ri, trzęsącego się ze śmiechu. Zdołał się uchylić, uśmiechając się ironicznie. Dobrze, dobrze, ten się śmieje... Sięgnęłam do najbliższego jeziora, wzięłam z tamtąd naprawdę dużo wody, po czym uwolniłam ją tuż nad głową tej ognistej paskudy. Ha, tego się nie spodziewał! Zasyczało, a okolicę spowiły kłęby pary.
Rozejrzałam się, niepewna gdzie tak w ogóle trafiłam - na szczęście był to sad, a nie któraś z pustyń. Jabłonkom taka ilość wody nie powinna zaszkodzić, a mojej kolekcji kaktusów mogłoby się to nie spodobać...
Po chwili mgła opadła. Fin zrobił dwa kroki w moją stronę, otworzył usta i zamknął je, nic nie mówiąc. Spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy się dziko śmiać, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Wreszcie złapałam oddech i zapytałam, ciągle chichocząc:
- Co ci do głowy strzeliło z tym zimnym prysznicem?
- To zemsta - odpowiedział. - za wytarzanie mnie w śniegu.
- Trzeba było pilnować swojej postaci! Co cię tak wzburzyło? - Spoważniał trochę. Ale tylko na chwilkę.
- Jakiś czas temu mieliśmy wizytę w Wirze. Wpuściliśmy gościa, no i teraz mamy za swoje. - Uśmiechnął się krzywo. - Będziemy mieli na przyszłość nauczkę: żadnych aktów miłosierdzia wobec zabłąkanych aniołów.
- Co?! - Prawie podskoczyłam z wrażenia.
- Nic takiego, - usiłował się wycofać. - był i się zmył, lepiej powiedz, co tam u twojej siostry, chyba mnie ostatnio unika...
- O, nie, tak łatwo się nie wywiniesz. - Złapałam go za rękę i zdziwiłam się, że miała normalną temperaturę. Pewnie taka ilość wody ostudzi nawet Płomiennego z Wiru... - Wszystko mi opowiesz.
Przerzuciłam nas prosto do domu, przygotowałam sobie filiżankę Earl Grey'a, a jemu największy kubek, jaki udało mi się znaleźć, miętowej i rozsiadłam się wygodnie przed kominkiem.
- W porządku, o co chodzi z tym aniołem?
- Przypałętał się jeden taki jakiś czas temu i poprosił o azyl. - Zakrztusiłam się herbatą. Anioł poprosił o azyl w Wirze? Świat się kończy...
- A wy grzecznie wyrzuciliście go na zbitą twarz. - dokończyłam.
- A my, jako istoty dobrego serca, przywitaliśmy go gościnnie w naszych skromnych progach. - poprawił Fin.
- Jakie istoty? - nawet się nie uśmiechnęłam. - Sprzedaj mi inną bajkę.
- Nie wierzysz w nasze miłosierdzie?! - wykrzyknął dramatycznie. Spiorunowałam go wzrokiem. Nie zrobiło to na nim dużego wrażenia. - No cóż, może miał w tym jakiś udział ten artefakt, który nasz gość miał ze sobą... - Oczy mi rozbłysły. To mogło być to...
- Artefakt?
- Okrągły, czarny klejnot, błyszczący wewnętrznym światłem. Tak magiczny, że nadawał by się na radiolatarnię dla podróżujących czarodziei. Prześliczny...
Zastygłam. A jednak... Fin oczywiście nie miał pojęcia, co to jest. A ten stuknięty anioł zabrał demonie jajo do jednego z najgorętszych istniejących światów! Co on usiłował zrobić? Nigdy bym nie wpadła na tak idiotyczny pomysł. Chwila... Nigdy bym na to nie wpadła... Oczywiście, ostatnie miejsce, w którym ktokolwiek by go szukał! Ale musiał zużyć mnóstwo energii na chłodzenie jaja...
Jednym uchem słuchałam paplaniny płomiennego na temat prób odkupienia 'klejnotu' (za psie pieniądze), które później zmieniły się z próby ukradzenia tegoż. Wreszcie nie wytrzymałam.
- A po zdobyciu tego artefaktu byłoby 'miło nam było' i gość wraca, skąd przybył, co?
Fin nic nie powiedział, tylko uśmiechnął się łobuzersko. Nie miał nawet tyle przyzwoitości, żeby się zarumienić. Westchnęłam.
- Chciałabym porozmawiać trochę z tym aniołem.
- Teraz to już ciut za późno. - stwierdził.
- Jak to?
- Przecież mówiłem. Wrócił do siebie... A przynajmniej mam taką nadzieję. - dodał niewinnym tonem. Przesłałam mu wizję topienia w jeziorze. Tym razem on westchnął. - Aleś ty się dzisiaj przyczepiła! Szukała go banda demonów. I znalazła... Rozwalili nam bramę w drzazgi i właśnie zabierali się do masakrowania ludności, kiedy ten głupek wyszedł i powiedział, że się poddaje... - No tak, wiedział, że nie da rady się obronić... Musiał całą moc zużyć na chłodzenie jajka. - Przeszukali jego kryjówkę, ale klejnotu nie znaleźli. No to zabrali anioła ze sobą. Więc już z nim raczej nie pogadasz.
- Pytam z czystej ciekawości... Wy też potem szukaliście artefaktu, prawda?
- Oczywiście. Ale nigdzie go nie znaleźliśmy.
- I to was zmartwiło najbardziej. - podsumowałam. Nie zaprzeczył.
Spojrzałam w ogień, zamyślona. Ta opowieść trochę zmodyfikowała moje początkowe zamiary...
-A można wiedzieć, dlaczego mnie tak wymaglowałaś? - Fin przerwał moje rozważania.
- Ta-jem-ni-ca! - Uśmiechnęłam się słodko (uczę się tego od siostry). Prychnął tylko i wyszedł do swojego pokoju.
Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, na oparciu fotela pojawiła się Narth, która zniknęła gdzieś od razu, kiedy poczuła płomiennego.
- I jak? - zapytała bez zbędnych wstępów.
- Zmiana planów. Zaczniemy od tej jaśniejszej strony.
Szczerze mówiąc, byłam zadowolona z tego, ze nie muszę się od razu pchać na głęboką wodę. Przygotowałam kilka drobiazgów i przeskoczyłam do świata aniołów.

Dhirgan zaszył się w laboratorium, badając właściwości jakiegoś dziwnego, syczącego płynu, jakby miało od tego zależeć jego życie. Szczerze mówiąc, po prostu staraliśmy się zejść sobie z oczu po porannej... hmm... dyskusji na temat dopuszczalności wysługiwania się innymi istotami przy niebezpiecznych zadaniach. Owszem, niekiedy nakładam geas, ale tylko kiedy nie chce mi się szukać po światach jakiegoś błahego przedmiotu. W przypadku czegoś ważniejszego wolę polegać na własnych umiejętnościach. Dhir miał na ten temat odmienne zdanie i w efekcie burzliwej wymiany argumentów unikaliśmy się przez jakiś czas.
Korzystając z tego postanowiłam porozmawiać z siostrą. Usiadłam przy kominku i wysłałam Narth po Ibrath. Dość szybko się pojawiła, ale sama. Spojrzałam na nią i westchnęłam cicho. Tutaj, w jasnym świetle wyraźnie było widać, że włosy sporo jej urosły od naszego ostatniego spotkania. Miały dokładnie ten sam odcień, co moje, ale skręcały się w miękkie, sięgające do pasa loki, opadające na niebieską sukienkę, dopasowaną kolorystycznie do niesamowicie błękitnych oczu Bibi. Jaką ja mam śliczną siostrę... pomyślałam, a zaraz potem Ja bym tu w sukience umarła z zimna.
- Jak się pozbyłaś smoków? - Zapytałam na głos - Przykułaś je do ściany?
- Zasugerowałam im, że szkoda byłoby nie skorzystać z tutejszej pogody. - Uśmiechnęła się - Chyba urządzają właśnie zapasy w śniegu. - I świetnie, nikt nie będzie wtrącał złośliwych uwag co drugie zdanie.
- Gdzie cię nosiło cały ten czas? Mam nadzieję, że ten brak wiadomości oznaczał, że świetnie się bawiłaś...
- Oj, tak. Byłam w tym twoim Shillianie, pomieszkałam trochę w morzu. Miło tam. - No tak, pewnie marynarze już opowiadają sobie legendy o pięknej syrenie. Nie wierzę, żeby akurat w tym przypadku Ibrath zrezygnowała ze swojego ulubionego wyglądu, a już na pewno nie z tej kobiecej figury. - Mam wrażenie, że ten morski ludek uważa mnie za coś w rodzaju bogini... - dodała trochę ciszej.
- Po pierwsze, nie 'mój', tylko... - zaczęłam, kiedy dotarło do mnie, co ona właściwie powiedziała. - Moment... Uważają cię za CO?!
- Pokazałam im tylko, jak robić pływające maty z rybich pęcherzy i pewnego gatunku wodorostów... Żal mi było patrzeć, jak śpią na zmianę. To chyba nic złego? - uśmiechnęła się niewinnie.
- Dziewczyno, możesz zburzyć ich porządek społeczny! A jeśli pojawią się jacyś kapłani... Po co ja ci w ogóle pokazywałam to miejsce? Powinnam je zapieczętować dawno temu... - Tak, ale wtedy sama nie mogłabym odwiedzać tego świata. A przywiązałam się do niego bardzo. - Będę musiała wpaść tam w najbliżyszm czasie i zobaczyć, jak bardzo namieszałaś. Te ich powiązania polityczno-ekonomiczne są bardzo skomplikowane, wystarczy jedno pchnięcie w nieodpowiednim miejscu i mamy światową katastrofę...
- Po prostu przyznaj, że wystarczy ci byle pretekst, żeby tam skoczyć. - spojrzała na mnie z ironią.
Cóż... Miała rację, ale nie zamierzałam mówić tego głośno. Tymczasem żeby mieć czas na odwiedzenie mojego ulubionego świata, trzeba rozwiązać inny problem. Wstałam. Muszę jednak porozmawiać z Dhirganem. Może tym razem dojdziemy do czegoś sensownego...

||Pierwsze wrażenie - ciemność. Ops, chyba się pomyliłam... Ale nic to, tutaj też może być ciekawie. Rozglądam się dookoła. Niewiele widzę, złą postać wybrałam. W niedalekiej chyba odległości gromadzą się jakieś kształty. Dużo ich i nie podoba mi się ich aura. Trzeba by się zmienić w coś lepiej przystosowanego do tutejszych warunków. Chwila skupienia... I nic. Zaskoczenie. Co się stało? Kształty zbliżają się, nabierają głębi. Trzeba szybko spróbować jeszcze raz. Znowu nic! Przestrach. Oprócz istot wokół mnie czuję jeszcze kogoś... Znam go... To pułapka! Trzeba uciekać, szybko, wracać do domu! Kształty napierają na mnie, przytrzymują, nie mogę się ruszyć, nie mogę uciec... Rozpacz, bezsilność. Próbuję przytrzymać się czegokolwiek, ale zaczynam spadać, coraz szybciej, coraz głębiej, aż do samej nicości...||
Obudziłam się, oddychając ciężko. Wrócił. Sen, którego miałam nadzieję nigdy już nie śnić. A raczej - wspomnienie, które zagrzebałam najgłębiej, jak mogłam.
Dhir wyrwał mnie stamtąd w ostatnim momencie. A w zamian ja, uciekając z tego świata, wzięłam go do siebie i pomogłam przystosować do nowego życia. A potem przez bardzo długi czas budziłam się w nocy z krzykiem.
Wstałam. Ochota na sen jakoś mi przeszła. Podeszłam do okna i spojrzałam na granatowe niebo, przesłonięte białymi płatkami. Cholera, tylko nie znowu to. Usiadłam na parapecie, podwinęłam pod sieie nogi i długo wpatrywałam się w zadymkę. Właściwie wcale jej nie widząc.
Przysnęłam jednak, skulona, z głową opartą o szybę. I tak zastał mnie jakiś czas później Dhirgan, kiedy przyszedł obudzić mnie na śniadanie.
- Milady, śniadanie podano. - ton jego głosu był żartobliwy, ale w oczach miał niepokój. - Czy coś się stało? Bo nie wierzę, żebyś doceniła w końcu urok mrozu - i w dodatku wolała go od ciepłego łóżka... - Dopiero teraz zauważyłam, że od okna biło chłodem. Wstałam i rozprostowałam kolana, ignorując pytanie. Odpowiedziałam własnym.
- Małe demony sa złe z natury, czy dopiero podczas dorastania wyrabiają sobie charakter?
- Badałem to swojego czasu... Mówiąc szczerze do niczego nie doszedłem. Ale uważam, że to efekt wychowania... w 90%, powiedzmy. - spojrzał na mnie, lekko zdziwiony - Co ci chodzi po głowie? - Znowu pominęłam pytanie milczeniem. Zmarszczył brwi.
- Chciałbym zauważyć, że ta cała sprawa dotyczy przede wszystkim mnie. A jak dla mnie jajko może zostać w piwnicy - nikomu tam nie przeszkadza.
- Mi przeszkadza! Pamiętasz, co się działo, kiedy stamtąd wróciliśmy? Zgadnij, co mi się dzisiaj śniło! - Spojrzał na mnie z niepokojem.
- Co więc zamierzasz?
- Zamierzam tam wrócić.
Wzrok mu stwardniał.
- Nie ma mowy. Jedna wizyta niczego cię nie nauczyła?
- Teraz będzie inaczej. Nikt się mnie tam nie spodziewa. Wiem, jak ten świat działa, będę przygotowana. A pan 'jeszcze ją dostanę' już zdążył zapomnieć o tej pułapce.
- Tak? To skąd się wzięło to jajo? - wyglądało na to, że Dhirgan wreszcie zaczął się nim przejmować. Kurka, czemu akurat teraz? - A jeśli znowu chce cię tam zwabić?
- Nie dowiem się, póki nie sprawdzę! Za pierwszym razem mi się udało, a każdy następny będzie łatwiejszy.
- Nie będzie następnego razu! To zbyt duże ryzyko, żebym mógł cię tam puścić.
- Taaak? - spojrzałam na niego, ironicznie unosząc brew. - Po pierwsze, to ja będę ryzykować, a nie ty, a po drugie... Co zrobisz? Skoczysz za mną i przyprowadzisz mnie do domu?
To go trochę przystopowało. Otworzył usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale zamknął je bez słowa. Po chwili znowu zaczął.
- Wiesz przecież...
- Wiem. - nie dałam mu dokończyć. - Nie możesz tam wrócić. I dlatego właśnie ja to zrobię. - Dla mnie to kończyło dyskusję. Zbierałam się już, żeby przeskoczyć do domu, kiedy Dhir złapał mnie za rękę. Spojrzałam na niego, zdziwiona. W drugiej dłoni trzymał niewielki czarny nóż.
- Co... - chciałam zapytać, co on sobie myśli, ale nie zdążyłam.
- Nigdzie sama nie pójdziesz. - powiedział spokojnie, po czym wbił nóż prosto w nasze ręce. Nawet nie zdążyłam pomyśleć o podniesieniu bariery. Ból przeszył moje ciało, a - co gorsza - także mój umysł. Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam; przytrzymałam się ściany, żeby nie upaść i nagle stwierdziłam, że nóż zniknął, a w mojej dłoni nie ma ani śladu rany.
- Co... - zaczęłam jeszcze raz, po czym wrzasnęłam wściekła - Co ty sobie myślisz, demonie?!
- Nie mów tak do mnie. - Powiedział spokojnie, jakby nic się nie stało. - Wiesz, jak się nazywam. Związałem nas. teraz gdziekolwiek pójdziesz, pociągniesz mnie za sobą. Dalej chcesz tam wrócić? - wyglądałna dość zadowolonego z siebie.
Tym razem to mi zabrakło słów. Nie dałabym rady rozplątać jego pieczęci, a nie było sensu w przekonywaniu do tego Dhira. Potrafił być bardzo uparty. Cholera, przecież nie mogę go tam zabrać! I co ja mam teraz zrobić?
Dhir z lekkim uśmiechem odpowiedział na niezadane pytanie:
- Ćwiczyłaś ostatnio nakładanie geas?

